Blog > Komentarze do wpisu

Jedziemy do Iranu.

Nasza podróż 'do Bułgarii' kończy się dość szybko i boleśnie. Zatrzymujemy się za poboczu i od razu czuję, że coś jest nie tak. Kierowca każe nam wysiąść i pójść do ciężarówki przed nami, która podobno zawiezie nas do Bułgarii. A już się rozsiadłam tutaj!


Posłusznie pakujemy plecaki i idziemy w kierunku tira z irańską rejestracją. Same te szlaczki wyglądają dla mnie dziko, co dopiero kierowca pojazdu - starszy pan, który mówi w jakimś kosmicznym języku. Mimo wszystko wsiadamy do brudnej, nieprzyjemnej kabiny i dajemy się wywieźć w nieznane.


Póki co czekamy w aucie. Mija kilkanaście minut, zanim nasz nowy szofer do nas dołączy. No ale nie ma się co niecierpliwić, najważniejsze, że nie pada już na głowę.


Ruszamy. Jedziemy jakiś czas i zauważam, że coś tu nie pasuje. Plątanina stambulskich dróg może i jest nie do ogarnięcia, ale znaki mówią same za siebie. Gdzie my do cholery jedziemy?
Wyciągam tureckie rozmówki i zaczyna się mniej więcej taki dialog:

Ja: Gdzie jedziesz?
(cisza)
Ja: Czy jedziesz do Bułgarii?
Pan: Nie. Iran.

Nie wiem czy mam się śmiać, czy płakać. Dlaczego pytamy o takie rzeczy dopiero w trakcie podróży? Oczywiście przez moment cieszy mnie to, że jedziemy do Iranu - tam jeszcze przecież nie byłam. No ale po chwili przypominam sobie o studiach i schodzę na ziemię. Znowu nie jest mi do śmiechu.

Podejście numer dwa.

Ja: Jedziesz do Bułgarii?
Pan: Tak.


Próbuję wykluczyć pozostałe opcje.

Ja: Jedziesz do Iranu?
Pan: Tak.
Ja: Jedziesz do Bułgarii?
Pan: Tak.
Ja: Gdzie jedziesz?
Pan: Tak.

Zostaję zasypana masą zdań po turecku, na co z głupią miną  czytam z kartki: 'nie mówię po turecku'. Sytuacja się powtarza i chyba za piątym razem kierowca w końcu łapie, że ja naprawdę nie znam tego języka.

Jesteśmy tak zmęczeni gubieniem się, że decydujemy się nie wysiadać. Sprawa jest prosta: albo dojedziemy do Bułgarii, albo do Iranu. 50% szans.


Chcecie ze mną spać?

Widać nie tylko nas pokonała plątanina stambulskich ulic, wieżowców, centrów handlowych i autostrad. Wyobraźcie sobie zjazd z autostrady. My właśnie na takowym się zatrzymaliśmy - dokładnie na jego początku, blokując ruch dla wszystkich, którzy chcieli z niego skorzystać.

Wywołuje to ryk klaksonów i ogromne zamieszanie - a nasz kierowca po prostu wychodzi (przy otwieraniu drzwi prawie wpada pod innego tira), idzie do sklepu obok i pyta o coś kilku przechodniów - najwidoczniej o drogę. 
Kiedy wraca, postanawia cofać - na zjeździe z autostrady!

Kierowcy za nami wpadają w szał - i wcale im się nie dziwię. Kiedy wszystkie auta cofają, my wykręcamy z powrotem na naszą drogę.

Wjeżdżamy w jakąś niedużą, zwykłą uliczkę i znowu rozpoczyna się cyrk. Tu nie ma pasów, znaki są tylko ozdobą. Samochody ocierają się o siebie lusterkami - ale żaden pojazd nie jest obity! Za nic w świecie nie przyjechałabym tutaj swoim autem.

W tym całym gąszczu przepychamy się i my - wielkim, irańskim tirem. Wszystko strasznie się wlecze, bo ulice są zakorkowane.

W końcu gdzieś dojeżdżamy! Patrzę z ulgą na przedmieścia (to wcale nie były przedmieścia...), wjeżdżamy na jakiś teren prywatny. Znowu pada. Zjeżdżamy z górki błota i taplamy się w nim, próbując wyjechać. Naprawdę mam wrażenie, że to auto się zaraz przewróci.

Kierowca wychodzi, mówiąc kilka słów po turecku i machając łapami. A, czyli mamy poczekać...

Chyba usypiam. Nie wiem, ile czasu go nie było, ale kiedy wraca - jest godzina 16. Patrzy na nas dziwnym wzrokiem i mówi, że do Bułgarii jedzie jutro. A tutaj robi pauzę nocną - właśnie wstawia wodę na herbatę. Tak więc koniec naszej jazdy na dzisiaj! Żeby jednak nie było, że nie dba o swoich gości, dostajemy propozycję noclegu. Oczywiście z istotnym pytaniem - czy jesteśmy parą i czy... (tu pokazuje dwa ocierające się o siebie palce wskazujące). Nie umiem sobie nawet wyobrazić nocy w tym miejscu, więc rzucając kilkoma brzydkimi słowami - i wysiadam.

Rewelacja! Pierwszego dnia drogi powrotnej przejechaliśmy ze Stambułu do Stambułu.

środa, 17 kwietnia 2013, imakaszu

imakaszu,
czyli Emilia Rogalewicz.

Niedawno przestała być nastolatką, ale nadal twierdzi, że ma 16 lat. Na co dzień buduje transformersy na Politechnice Wrocławskiej, poza nauką interesuje się spaniem i jedzeniem.

Proste życie pseudo-programistki przeradza się w coś bardziej szalonego gdy ma kilka dni wolnego. Z dnia na dzień potrafi podjąć kolejną nieodpowiedzialną decyzję o autostopowym wyjeździe, a w efekcie przez kolejne dwa tygodnie włóczy się z plecakiem po różnych zakątkach Europy - czasem śpi na dworcu, czasem prowadzi tira.

Jazdy autostopem spróbowała w wieku 15 lat, ale dalej niż po kraju jeździ dopiero od 1.06.2012 - a obecnie ma na koncie ponad 60.000 km. Czy słońce, czy deszcz - a nawet śnieg - sezon autostopowy trwa dla niej cały rok.

imakaszu@gmail.com

Podoba się?
Chcesz być informowany o nowych wpisach?

Polub na Facebooku!